Jest coś pięknego w tym, że słownik języka angielskiego Miriam-Webster definiuje bezpieczeństwo nie tylko jako stan, w którym wolni jesteśmy od krzywdy czy straty, ale również stan, w którym nie musimy przyczyniać się do ich powstawania. Taki opis może być w dalszym ciągu niewystarczający, ale przynajmniej ma w sobie pewien urok. Bezpieczeństwo jest bowiem dosyć złożonym tworem i, prawdę mówiąc, może stanowić dosyć zagmatwane zjawisko.

Wydaje się być jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb, nie jest jednak oczywiste. Wynika z dotychczasowych doświadczeń i nabytych przekonań. Nie wpisuje się w raz jasno ustalone ramy. Jest uwikłane w różnego rodzaju paradoksy. Ludzie mogą zaadaptować się do zaistniałej sytuacji, nawet jeżeli ich okoliczności szczególnie im nie służą, mogą też dostrzec niebezpieczeństwo w pozornie sprzyjających im warunkach. Miejsce, które powinno stanowić bezpieczną przystań może stać się małym prywatnym piekłem, a utrzymujące się prawdopodobieństwo katastrofy urosnąć do rangi, jeżeli nie przyjaciela, to przynajmniej dobrego znajomego.

Początek tego projektu stnowił strach.
Początek tego projektu stanowiła tęsknota za czasem, kiedy czułam się na prawdę bezpiecznie.

Tu i teraz nie ma może bezpośredniego zagrożenia, ale strach jest stały.

Intuicyjne, za każdym razem, zwracam się w stronę ludzi.
Posiadanie własnej społeczności wydaje się tutaj kluczowe.
To nie tylko moja osobista opinia, ale jak się okazuje, temat wielu badań.
Kapitał społeczny może pełnić rolę bufora kompensując brak kontroli nad środowiskiem. Dobrowolnie nawiązywane relacje mogą moderować związek pomiędzy dostrzegalnym zagrożeniem a dobrym samopoczuciem.

Taka jest teoria.
Może być z tego historia.